Dziś Dzień Kobiet. Zacznę od wyznania i kilku słów na temat mojego męża i związku.

To taki mąż, którego zazdroszczą koleżanki i jak o nim opowiadam, to przeważnie słyszę „ty szczęściaro”. Pomijam fakt, że szczęście to jedno, a praca obojga nad związkiem to drugie. Ale nie o tym. Dlaczego tu na Babkach go przywołuję? Ano po to, by uświadomić Wam, że to mega równy gość, który wspiera mnie w każdym momencie, jest mi partnerem i nie ma problemu, by zostawać z dzieckiem na długie godziny (bo czemu i by miał, to jego dziecko). 

A mimo to…

… mam wyrzuty sumienia. Za każdym razem, gdy robię coś dla siebie, czego – w jakimś chorym myśleniu – nie powinnam, mam wyrzuty sumienia. Na przykład ostatnio. Zapragnęłam zmienić kolor włosów, zapowiedziałam, że mnie nie będzie długo, uzgodniliśmy szczegóły organizacyjne tego popołudnia, wszystkie bazy zabezpieczone, nic tylko relaksować się na fotelu. A wiecie, co ja robiłam?

Zerkałam nerwowo na zegarek. Zastanawiałam się czy naprawdę ta odżywka jest niezbędna. Czy jak mój mąż napisał, że u nich wszystko ok, to na pewno ok, czy tak pisze, bo jest świetny i nie chce mi przeszkadzać. Do domu wracałam już w lekkim stresie, że tak długo mnie nie było.
Czy w domu czekała awantura? Nie. Czy jakiś wyrzut? Nie. Czy jakiś komentarz, spojrzenie? Nie. Czy dziecko odreagowało? Nie, to nie niemowlaczek, przytuliło się i wróciło do rysowania rodziny koni. 
Czy naczynia w zlewie zjadł grzyb? Nie, wciąż tam są (niestety). 
Czy spotkałam starszą sąsiadkę rzucającą pogardliwe spojrzenia, że oto porzuciłam męża i dziecię i oddałam się przyjemnościom? No nie. 

Czy sama siebie wpędziłam w poczucie winy? Taaaaaaaak. 

Macie? Znacie? 

I nie wiem, skąd to się bierze. Ile z nas tam jest teraz i z wyrzutami sumienia robi coś dla siebie, bo przecież powinnyśmy właśnie wycinać dla dziecka pomoce naukowe z rolek po papierze toaletowym albo prowadzić z mężem angażującą i ciekawą rozmowę o liftbackach i hatchbackach w Sedanach. 
Bo jeśli nie mąż, jeśli nie dziecko, to czemu my same sobie to robimy? Co to? Nasze wychowanie? Społeczne normy wdrukowane w nasze głowy (bojące się chodzić do fryzjera)?

Nie mogę powiedzieć, żebym uwolniła się od tego uczucia. Może minie to z czasem (koleżanki, mające dłuższy czas w macierzyństwie nie wróża sukcesu w kwestii mijania wraz z czasem). Może nadejdzie punkt zwrotny, kiedy przestane się przejmować ot, tak. Może? 
Póki co po prostu szukam rozwiązań, jak robić coś dla siebie i jak najmniej wpędzać się w to poczucie winy. U mnie w miarę dobrze zadziałała komunikacja z mężem – kiedy mu po prostu o tym powiedziałam. W praktyce zadziałało to tak, że kiedy mnie nie ma, on nie zadaje niewinnego pytania „kiedy wrócisz” (bo na przykład chce wiedzieć, na którą wstawić obiad), bo wie, że ja to NATYCHMIAST czytam jako – on jest zmęczony, o matko, on właśnie zarwał nockę, bo pracował nad projektem i teraz jest z dzieckiem, a ja siedzę u fryzjera, jestem beznadziejną żoną, matką, kobietą… 

Świadomość tego, że te wyrzuty sumienia są głupie i irracjonalne też pomaga, ale nie niweluje go zupełnie. No i praktyka. Im częściej robię coś dla siebie, tym bardziej przyzwyczajam się do tego, że mam prawo, mogę i naprawdę świat się nie kończy, gdy ja zmieniam kolor włosów.

A Wy? Znacie to uczucie? Jak sobie z nim radzicie?

A w Dzień Kobiet podarujmy same sobie prezent łagodności i wyrozumiałości. Podarujmy sobie brak wyrzutów sumienia i cieszenie się odpoczynkiem i czasem dla siebie. W końcu – podarujmy sobie ten czas dla siebie. To lepsze niż kwiatki.