Kończę właśnie swój połóg. Na dniach powinnam odebrać zdjęcia z porodu, więc to będzie piękne, symboliczne zamknięcie – przeżycie porodu jeszcze raz na fotografiach.
Tymczasem chciałam napisać o swoim połogu, bo o połogu jako takim mówi się wciąż za mało i wiele mam znajduje się nagle w wielkiej kropce, bo nikt nie przygotował je na to, co będzie.
Mija zatem moje 6 tygodni czasu, kiedy powinno się regenerować ciało, ale i kiedy powinna się kształtować matczyna dusza.
Od strony fizycznej weszłam w połóg z przytupem, bo dopadł mnie – już przed porodem – kaszel gigant. W porodzie kaszel to wątpliwa przyjemność, ale w pierwszych dniach połogu, to totalny armagedon. Powiem tylko, że macica oczyszczała się dwa razy szybciej, bo moje pokasływanie znacząco wspomagało wypływ krwi. Na szczęście poza tym nic mi nie dolegało, dobry poród nie zostawił po sobie śladów w ciele.
Z przytupem również dlatego, że akurat wówczas mąż dostał bardzo ważne zlecenie, które musiał skończyć, a starsza córka zdecydowała, że chce być w domu razem z nami w tych początkach życia we czwórkę (co totalnie zaakceptowaliśmy, pozwalając jej w swoim tempie wchodzić w nową sytuację).
Więc niestety w pierwszym tygodniu mojego połogu – nie miałam tyle fizycznego odpoczynku, ile bym chciała, ale nie mogę też narzekać, codziennie dużo drzemałam, starając się łapać balans między zabawą ze starszą, a uczeniem się nowego człowieka.
W kolejnych tygodniach odpoczynku było znacznie więcej, kaszel minął, praca skończona, zakopaliśmy się w domu, odbywając tylko spacery po okolicy. Prócz kolacji wigilijnej zrezygnowaliśmy z jakiegokolwiek świętowania i odwiedzin, uczyliśmy się życia we czwórkę.
Moje ciało z dnia na dzień zyskuje coraz więcej siły, ale wciąż jeszcze jest na etapie transformacji. Te 6 tygodni to czas umowny i moje ciało ma swoje tempo regeneracji.
Wciąż jeszcze mam całkiem spory brzuch z ciemnobrązową kreską i kraterem pępka.
Wciąż jeszcze jest mnie dużo więcej (mimo że regularnie wypacam w nocy zgromadzoną przez ciążę wodę).
Wciąż jeszcze jestem cała w mleku, a moje piersi od nowa uczą się karmić dziecko.
Wciąż jeszcze męczę się dużo szybciej, gubię oddech, po dłuższym spacerze muszę odpocząć.
Dlatego – mimo że nie jest to proste – daje mojemu ciału czas na to, by złapało nowy rytm. Wyrzucam z głowy popęd do doskonałości i dawania sobie rady. Wiem, że nic nie muszę. Mam to szczęście, że dba o mnie mąż, a moim zadaniem jest tylko i wyłącznie karmienie noworodka, odpoczynek, no i oczywiście bycie ze starszą córką. Bywają noce, że to mąż śpi mniej ode mnie, bo dzień spędza na obowiązkach domowych, a w nocy nadrabia pracę. Ale to moje ciało potrzebuje regeneracji, to ja dałam nowe życie i on to doskonale wie. Również wtedy, gdy mimo tego, że jestem w dresach, z piersiami na wierzchu, sińcami pod oczami – on patrzy na mnie z miłością.
To ciało.
Ale dla mnie czas połogu to również czas, kiedy dopieszczenia potrzebuje matczyna dusza, wnętrze, matka w ogóle. Złapaliśmy się na tym, że w zasadzie od narodzin synka (urodził się w domu) mówiliśmy szeptem. Kiedy opowiedziałam to mojej położnej, z uśmiechem stwierdziła, że po prostu wciąż trwamy w majestacie narodzin. I tak było, przez kilka dni byliśmy osnuci jakąś mgłą, gdzieś między światami. Z czasem wróciliśmy na rutynowe tory.
Czas po porodzie to czas swoistej żałoby – za ciążą, za życiem przed dzieckiem. Zamknięcie jakiegoś etapu, zatęsknienie za nim (o matko, nie wierzę, że już nie jestem w ciąży, a przecież byłam w niej całą wieczność), wchodzenie w nowe. Tak, by po jakimś czasie traktować go jako oczywistość.
Ułożenie sobie w głowie, przeżycie wszystkiego.
Najtrudniejszym momentem mojego drugiego połogu było uświadomienie sobie, że będę miała już inną relację z córką. Zatęsknienie za nią, mimo że praktycznie cały czas była obok mnie (lub na mnie). Pamiętam dzień, w którym zapłakałam z tęsknoty za nią, zamykając chyba w ten sposób etap bycia mamą jednego dziecka.
To oczywiście też czas poznawania i zakochiwania się w nowym człowieku. O wiele bardziej świadomym, bo przecież wiem, co mnie czeka, jak cudnie obserwować będzie kolejne etapy jego rozwoju.
Ale to też czas pogodzenia się z tym, że przez najbliższe długie miesiące nie będę sama dłużej niż kilkadziesiąt minut. Pogodzenia się z długimi nocami, tą zapierającą dech w piersiach odpowiedzialnością za drugiego człowieka.

Oba moje połogi były dobre. Miałam to szczęście, że mądre kobiety dookoła mnie i przed pierwszym razem, i przed kolejnym dzieliły się swoim doświadczeniem i wiedziałam, jak ten swój połóg stworzyć. Mam też to szczęście, że moje porody były bardzo dobre, a ja i dzieci zdrowe. Że mój mąż to wspaniały człowiek.
Nie wiem, czy jeszcze kiedyś będę celebrować połóg, ale chciałabym, żeby tym właśnie był. Celebracją i odpoczynkiem. Czasem przejścia.