Miałam cesarkę, której nie chciałam, do końca żywiąc nadzieję, że syn się obróci głową w dół w ostatniej chwili i urodzę siłami natury (wolę określenie siłami kobiety, bo jakaś tam natura tego za nas przecież nie robi). No nie obrócił się. Było CC, pogodziłam się z tym, tłumaczyłam sobie, że przecież ważne żeby był zdrowy, byłam wdzięczna, że się udało, choć żałoba po braku wymarzonego porodu wciąż we mnie tkwi.

Kiedy syn został ze mnie wyszarpany (taka prawda), nie liczyło się nic innego – totalna radość, chciałam tylko go kochać, tulić, karmić, być z nim cały czas. W szpitalu po CC przyłożono mi go na kilka chwil do policzka – poczułam powalającą, wręcz przytłaczająca miłość i ogromny żal, że nie mogę go wziąć w ramiona, płakałam cały czas kiedy mnie zszywano. Po ok. 20 minutach przewieziono mnie na salę pooperacyjną, synek leżał pod ciepłą lampą, wcześniej kangurował go ojciec. Po znieczuleniu nie mogłam nawet podnieść głowy, nie miałam czucia od pasa w dół. Pielęgniarka od razu podała mi synka, od razu przystawiła go do mojej piersi – najdziwniejsze i najcudowniejsze uczucie, którego nigdy nie zapomnę – natychmiast się przyssał – pełnia szczęścia. Byliśmy razem kilka godzin – ja leżałam jak długa w bezruchu, pielęgniarka przystawiała do drugiej piersi na zmianę, leżeliśmy razem i było cudownie – wyobrażam siebie, że po porodzie naturalnym bez tych kroplówek i kabli i z czuciem w ciele i swobodą ruchu to była by bajka… no ale tutaj nic zmienić się nie da… siła wyższa.

Kiedy po kilku godzinach odzyskałam czucie w nogach, nastąpiła tzw. pionizacja oraz prysznic a następnie wio na salę poporodową – pakuję mandżur, biorę dziecko w szklanej mydelniczce na kółkach i z pomocą pielęgniarki napieram do przodu w kierunku wskazanej sali z prędkością 10cm/h. Jest noc, już po 22, od kilku godzin jestem z synkiem sama, baby daddy został wyproszony dawno temu. Nigdy nie zapomnę tej chwili kiedy zostałam sama z synem – bez kręcącego się personelu medycznego jak na sali pooperacyjnej – ja, szpitalne łóżko, którego nie potrafiłam obsłużyć na morfinowym haju (jakieś przyciski, chce podnieść zagłówek, w górę idą nogi, wtf?!), ból wszystkiego i MOJE DZIECKO – co teraz? Przecież ja nie umiem obsługiwać, co mam robić, jak i kiedy? Z pierwszą kupą (może siku?) poszłam (doczołgałam się) do konsoli pielęgniarek – nie umiałam zmienić pieluchy. Bardzo miła i bardzo wyrozumiała kobieta pokazała mi co i jak.

Kiedy synek budził się w nocy, brałam go na ręce, próbowałam karmić, ale kiedy nie jadł od razu to nie próbowałam do skutku – przytulałam, nosiłam, próbowałam utulić do snu. Pamiętam, że którejś z pierwszych nocy, totalnie wycieńczona, wciąż na lekach przeciwbólowych, bez normalnego jedzenia – z zadowoleniem dokonałem odkrycia – jak syn się przebudza, a nie zrywam się do niego od razu to jest szansa, że trochę się pokręci i znowu zaśnie. Kretynka! Wtedy nie wiedziałam, że to znak dla mnie, żeby karmić. I że kluczowe są pierwsze 12-24h. Położne mówily, że jeśli była siara to może spać, a jak się wyśpi to zje. Byłam w „szarpanym” (messengerowym) kontakcie ze specjalistką od laktacji, PKP [promotorką karmienia piersią], ale kiedy się o pewnych rzeczach dowiedziałam to już było po fakcie.
W drugiej dobie miałam już poranione brodawki – pęknięcia, krew, strupy – sutkowa kaczanga. Wyłam z bólu przy każdej próbie kp. Postanowiłam wykupić pomoc położnej na noc – musiałam odpoczać, żeby nie odejść od zmysłów. To była dobra decyzja – otrzymałam wsparcie psychicznie i fizyczne, dowiedziałam się o femaltikerze i żelowych kompresach multi-mam – świat stał się lepszy. Ustaliłam z położną, że nie zgadzam się na podanie mm, przynosiła mi synka co 3h na karmienie i pomagała go przystawić – to była jedyna noc w szpitalu kiedy rzeczywiście spałam. 

Syn wciąż przysypiał przy piersi. Waga spadała coraz bardziej. Chyba w drugiej dobie po którejś z kolei propozycji i kiedy bardzo bolały mnie sutki podałam synkowi 15ml mm. Pierwszy i ostatni raz. Bardzo to przeżywałam, zrobiłam to wbrew sobie ze strachu o jego zdrowie. W kolejnych dniach spadek i tak przekroczył 10%, czyli nie mogli nas wypisać. Wielokrotnie proponowano mleko modyfikowane. Odmawiałam bo już wtedy moja ekspertka uświadomiła mi, że to może zaburzyć laktację. Zaproponowano stymulację laktatorem, zgodziłam się oczywiście. Pielęgniarka przyprowadziła i postawiła obok mojego łóżka monster laktator i bez szczególnego zainteresowania, opuściła lokal. Jakoś tam ogarnęłam co gdzie włożyć i jak uruchomić – dostałam zalecenie od lekarza, żeby dokarmić po każdym kp ok. 30ml. Mleko nie leciało od razu (helloooo, nie leci od razu!), nikt mi nie powiedział, że tak może być, zniechęcałam się, nie miałam siły, a cały ten monster laktator był dla mnie odrażający. Kiedy pierwszy raz się podłączyłam, obok mnie był moj partner – beztrosko rzucił komentarz: “o! ten widok przypomina mi wakacje na wsi!” Czyli właśnie zostałam porównana do krowy dojonej w celach komercyjnych dojarką. Z całym szacunkiem dla krowy… Ta uwaga poskutkowała morzem moich łez oraz wygnaniem chłopa na druga stronę kotarki mojego szpitalnego boksu. (Rada i apel do wszystkich wszędzie – nie dobijajcie kobiety w połogu – oprócz ubytków fizycznych musi ogarnąć koktajl hormonów i skrajnych emocji mocniejszy niż long island iced tea.) Laktator nie dał spodziewanych efektów. Panie z sali znikały jedna po drugiej po podaniu noworodkom mm gdy spadki wagi dzieci były za duże, jeśli waga (i wszystko inne) ok – pozdrawiamy, żegnamy. Ja płaczę z bezsilności, wkurzona na ten system. Odwiedza mnie lekarz i proponuje krople na uspokojenie. Odmawiam i dalej robię swoje. Chcę mieć pełną świadomość siebie i swoich uczuć i nie być sztucznie wyciszona – z perspektywy czasu 100% pewności, że była to słuszna decyzja nie mam.

Poza rozterkami związanymi ze spadkiem wagi jestem wciąż bardzo, bardzo szczęśliwa, że synek jest ze mną – nie miałam baby bluesa. Doba 6, upragniony wypis. Podbudowana i pozytywnie nastawiona po konsultacji z CDL jadę z moja dzidzią do domu. Pierwsza noc super, karmienia z budzikiem co 2h, syn wciąż przysypia, ale pamietam rady CDL, wybudzam, robię swoje.

Rano dzwoni siostra ze złymi wieściami, zmarł mój ojciec. Pozwalam sobie na smutek i żałobę, ale nie zanurzam się w nich kompletnie. Tak jak w przypadku śmierci mamy, która odeszła kiedy byłam w 3 miesiącu ciąży. Mam zadanie do wykonania, dziecko jest najważniejsze, robię swoje.

W kwestii laktacji jestem w stałym kontakcie z moją PKP i umawiam wizytę z zarekomendowaną CDL, bo przyrosty dzienne wciąż są poniżej normy, a chce uniknąć mm, wierzę i wiem, że kp to najlepsze co oprócz miłości i opieki mogę dać mojemu dziecku.
Wizyta CDL skutkuje planem działania – karmię na żądanie, ale nie rzadziej niż co 2h, między karmieniami odciągam pokarm laktatorem systemem 7-5-3, również w nocy, dokarmiam tym co udało się odciągnąć z butelki, zapisuję ile ml dokarmiam każdego dnia, codziennie ważę i monitoruję przyrosty. Piję femaltiker a pracując z laktatorem wącham syna lub jeśli nie mam go pod ręką (bo śpi i nie chcę budzić) mam w nosie tampony z gazy nasączone oksytocyną. Za poradą CDL udajemy się też do rekomendowanego chirurga dziecięcego na konsultację, w wyniku której synek ma podcięte wędzidełko. W szpitalu nie zostało to zrobione, musieliśmy jechać pod Warszawę, czekać w kolejce, płacić. Trudno, oby to usprawniło pobieranie pokarmu, robimy dalej swoje.

Ledwo żyję. Partner dba o to, żebym miała co jeść, pić, chodziła w świeżych ubraniach oraz żeby na chacie było czysto. Jednego dnia jest lepiej, innego gorzej. W gorszych dniach, kiedy przyrosty są małe lub żadne on zaczyna sugerować mm, ja jestem wściekła, że nie wierzy, że nam się uda, że to proces. Wiem, że to z troski o zdrowie syna, ale ja potrzebuję wsparcia, nie zwątpienia – mamy spięcia. Dokarmiam przez niecałe 2 miesiące, potem przyrosty są prawidłowe, niektóre ponad normę, odstawiam laktator, karmię na żądanie a syn regularnie upomina się o jedzenie, sam się wybudza. Sukces!

Dziś syn ma skończone 6 miesięcy, ważę go kontrolnie co miesiąc, już dawno odetchnęłam i stres jest mniejszy, choć gdzieś z tyłu głowy zawsze pozostaje obawa. Często wracam myślami do tych naszych mlecznych początków. Dziś wiem, że wszystko mogłoby wyglądać inaczej, gdybym miała większą wiedzę na temat karmienia piersią, bo wchodząc na porodówkę miałam bliską zeru.